Koniec pobytu w Toskanii nie musi oznaczać końca wakacji. Dlatego wracając powoli do domu warto zahaczyć o kilka miejsc. Jak na pewno czytaliście, w drodze do Toskanii wstąpiliśmy do Salzburga, Lago di Braies i Sirmione, a wpis o tym znajdziecie TUTAJ. Na drogę powrotną zaplanowałam inne perełki. 

Trasa z Montepulciano do Warszawy wynosi tym razem 2000 km i trwa 4 – 5 dni. Nasz cel to: 

SESTRI LEVANTE – JEZIORO COMO – RESIA – zamek NEUSCHWANSTEIN

Jedziecie z nami? 

Dzień pierwszy – SESTRI LEVANTE

Z Montepulciano do Sestri Levante jest 294 km. Można wybrać o 20 km dłuższą drogę i zahaczyć o Pizę. 

Sestri Levante to mały kurort rozłożony na cyplu i fragmencie płaskiego lądu między górami. Bardzo blisko stąd do bardziej popularnych Cinque Terre czy Portofino. Zatrzymujemy się w hotelu przy nadmorskiej promenadzie. Idziemy najpierw wzdłuż wybrzeża, patrząc na morze, później przez gwarne, zatłoczone turystami uliczki. Wstępujemy dwa razy na gelato. Potem skręcamy nad małą, cichą zatoczką Baia del Silenzio i tam już zostajemy. W końcu wakacje bez spędzenia dnia nad morzem to nie wakacje 🙂

Atrakcje turystyczne Sestri Levante znajdziecie TUTAJ 

Gdzie nocować: hotel może nie rewelacyjny, ale czysty i w samym sercu miasta znajdziesz TUTAJ

Dzień drugi – wyprawa łodzią, San Fruttuoso, Positano i … jezioro Como

Drugiego dnia powrotu do domu wstaliśmy skoro świt. Sestri Levante powoli budziło się do życia. Ulice były jeszcze prawie puste. Pracownicy kawiarni rozstawiali stoliki, zapraszając turystów na śniadanie. My udaliśmy się prosto na przystań i weszliśmy na pokład statku. Trochę się obawiałam, czy Emilka nie dostanie choroby morskiej (to jej pierwsza podróż łodzią!), ale na szczęście wszystko było dobrze. Bardzo jej się podobało, w szczególności ten wiatr wiejący od morza! 

Popłynęliśmy do San Fruttuoso – zatoki, w której znajduje się opactwo benedyktynów, a ich klasztor położony jest dosłownie na samej plaży. Zatoka słynie z głębokich, czystych wód, w których można nurkować. To właśnie tutaj można zobaczyć posąg Jezusa Chrystusa ustawiony na kamienistym dnie morza 17 metrów pod wodą. Cristo degli Abissi został tam zainstalowany w 1954 r. aby upamiętnić wszystkie ofiary pochłonięte przez morze, zarówno w czasach wojny, jak i pokoju. Szkoda, że nie mieliśmy ze sobą sprzętu i trochę więcej czasu. Chciałabym to zobaczyć! 

Po krótkim pobycie w zatoce, gdzie Emilka z zafascynowaniem bawiła się kamykami na plaży, weszliśmy znów na pokład i popłynęliśmy do słynnego Portofino. Miasteczko jest magiczne! Zachwyca przede wszystkim kolorowymi kamieniczkami i roślinnością. Dookoła portu ciągnie się promenada, wzdłuż której zlokalizowane są sklepy najdroższych projektantów, ale również sklepiki z pamiątkami, restauracje i kawiarnie. Co ciekawe, w Portofino nie ma plaż. Brzegi przy morzu są tu ograniczone stromymi klifami i kamiennymi zejściami. No i czuje się tutaj atmosferę luksusu i bogactwa. Już sama nazwa brzmi tak dostojnie – Portofino!

Do Sestri Levante wróciliśmy około 13. Wróciliśmy, ale tylko po to, by wsiąść w samochód i ruszyć dalej w drogę. 

Przed nami 280 km, kierunek północ. Pierwszy odcinek autostrady z Sestri Levante i Genui w kierunku Mediolanu przypomina rollercoaster. Wąsko, pełno zakrętów, no i dzięki A. również szybko. Później to już tylko prosta równa trzypasmówka. Gdy minęliśmy Mediolan, naszym oczom ukazał się zjazd: Lago di Como! Tak, to nasz drugi dzisiejszy cel! I znów będziemy jechać wzdłuż całego jeziora. Rozpoczynamy naszą trasę w Como i mkniemy po zachodniej stronie jeziora aż na jego północny kraniec. Mkniemy powolutku 40/50 km/h, bo znów wąsko i pełno zakrętów. Mijamy po drodze piękne widoki i piękne miasteczka, m.in. Bellagio. Jeżeli macie więcej czasu, warto tam zostać na dłużej!

O atrakcjach miasteczek znajdujących się nad jeziorem Como przeczytacie np. TUTAJ

Gdzie nocować: noclegi w miasteczkach nad jeziorem Como są drogie. Dlatego wybraliśmy mniej znane miasto, ale za to bardzo przyjemny hotel Tullio, który znajdziecie TUTAJ. 

Dzień trzeci – Resia 

Nocowaliśmy w Gravedonie, małym miasteczku nad jeziorem Como. Obudziło nas słońce i ciepłe powietrze wpływające do pokoju przez otwarte okno. Pogoda była przepiękna, więc zaraz po śniadaniu pobiegłyśmy z Emilką na basen. Woda była cudownie cieplutka.

W południe ruszyliśmy w dalszą drogę. Mieliśmy do przejechania tylko 170 km, ale google pokazywał aż 3 godziny jazdy. I rzeczywiście, to nie była pomyłka. Droga była wąska i kręta, ale przepiękna, w szczególności droga nr 27 w Szwajcarii. Wdrapywaliśmy się serpentynami na szczyty gór, by za chwilę z nich zjeżdżać. Widoki za oknem były naprawdę bajeczne. W ciągu tych godzin jechaliśmy przez Włochy, Szwajcarię, Austrię i ponownie Włochy. Szkoda, że nie udało mi się zrobić dobrych zdjęć, ale niestety, ograniczyło mnie znów siedzenie za kierowcą.

Naszym celem było miasteczko Resia nad jeziorem o tej samej nazwie. Tak naprawdę to sztuczny zbiornik, który powstał po II Wojnie Światowej. Zalano wówczas 523 ha powierzchni, w tym górskie miasteczka. Dzisiaj jedynym widocznym świadectwem ich istnienia jest dzwonnica XIV-wiecznego kościoła św. Katarzyny w dawnym Curon – samotna wieża wystająca ponad taflę jeziora. Widok jest abstrakcyjny i trochę zatrważający. Jak głosi legenda, w mroźne noce słychać dźwięk jej dzwonów, zdemontowanych ponad 60 lat temu.

Gdybym dzisiaj planowała tę podróż, nie wybrałabym noclegu w Resii. Hotel, w którym się zatrzymaliśmy też nie jest godny polecenia. Dlatego po spacerze nad jeziorem i zobaczeniu wieży kościoła można jechać dalej i skrócić sobie podróż kolejnych dni.

Dzień czwarty – zamek Neuschwanstein

Zamek Neuschwanstein powstawał jako wyidealizowany średniowieczny zamek rycerski dla bawarskiego króla. Był pierwowzorem zamku Śpiącej Królewny w Disneylandzie, więc nie zdziwi Was, że marzyłam od dziecka, żeby go zobaczyć. Wreszcie się udało! 

Niestety, okazało się, że wnętrza zamku można zwiedzać tylko z przewodnikiem. Była sobota więc po bilety musielibyśmy stać w dłuuuuugiej kolejce, a na wyruszenie naszej grupy i zwiedzanie trwające tylko 35 minut! czekać kilka godzin. Zamiast do zamku udaliśmy się więc na Marienbrucke, most z którego można podziwiać zamek w całej jego okazałości.

Jeżeli chcielibyście wejść do zamku, bilety możecie kupić online TUTAJ.

Dzień piąty – Drezno

Po spełnieniu dziecięcego marzenia ruszyliśmy w drogę do Warszawy. Pierwotnie planowaliśmy jeszcze nocleg w Dreźnie, ale zatęskniliśmy już za domem. Także Drezno będzie musiało zaczekać. W końcu, wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej 🙂 

P.S. Z zamku Neuschwanstein do Warszawy jest ok. 1200 km, także jeżeli nie czujecie się na siłach, żeby przejechać w jeden dzień taką trasę, warto rozważyć nocleg po drodze, może na przykład w Dreźnie. 

Monika

Cieszymy się, że tu zajrzałaś/zajrzałeś! A jeszcze bardziej będziemy się cieszyć, jeżeli: 

– udostępnisz ten post 

– polubisz nas na Facebook  

– będziesz nas obserwować na Instagramie

Zobacz także

Close