Kiedy byłam w ciąży, zastanawialiśmy się z mężem, czy będzie obecny przy porodzie. Było dużo za i przeciw. Wiedziałam, że może to być dla niego pewnego rodzaju szok. Nie wiedziałam też, czy chcę żeby oglądał mnie „w takim stanie”. On starał się akceptować moją decyzję i zgadzał się na każde rozwiązanie, które będzie dla mnie komfortowe. Ostatecznie podjęliśmy decyzję, że nie będzie go na sali porodowej.

Natrafiłam wtedy na Stowarzyszenie DOULA i tak zaczęła się moja przygoda z doulą – moim oparciem, najwspanialszą osobą pod słońcem, przyjaciółką, osobą bez której nie wyobrażam sobie rodzić kolejnych dzieci.

 

Z doulami jest jak z facetami: gdy spotkasz tę właściwą, od razu to poczujesz!

Zanim zdecydowałam się „zatrudnić” Moją Doulę (nazwijmy ją na potrzeby artykułu Martą), odbyłam rozmowy z dwiema innymi. Szukałam osoby, z którą poczuje się komfortowo, z którą będę nadawała na tej samej fali. Szukałam osoby z silnym charakterem, która nie będzie mnie głaskać po główce i mówić „oj ty moje biedactwo”, tylko przekaże mi swoją siłę podczas porodu, gdy będzie mi się wydawało, że mnie już sił brak. Marta okazała się właśnie taką osobą. Zaakceptowałam ją w 100% i od razu poczułam większy spokój myśląc o zbliżającym się porodzie.

 

Poród tuż tuż…

Przed porodem spotkałam się z Martą kilka razy. Na pierwsze spotkanie przyniosła lalkę bobasa i uczyła mnie i męża obsługi niemowlaka (z powodu komplikacji w ciąży nie mogłam chodzić do tradycyjnej szkoły rodzenia). Była cierpliwa, odpowiadała na każde nawet najgłupsze nasze pytanie. Zostawiła nam lalkę, byśmy dalej trenowali (mam nadzieję, że nie dlatego, że szło nam przy niej kiepsko). Pożyczyła mi też kilka książek, w tym „Poród naturalny” Iny May Gaskin i „Poradnik karmiącej matki” Kathleen Huggins, które bardzo optymistycznie nastawiły mnie do porodu. Przestałam się go w ogóle bać. Poczułam w sobie taką moc, że chciałam nawet rodzić bez znieczulenia.

Na drugim spotkaniu omówiłyśmy z Martą plan porodu. Opowiedziała mi, jak przebiega poród, co mogą mi zaproponować w szpitalu, co oznaczają niezrozumiałe dla mnie pojęcia medyczne. Spisałyśmy plan porodu, wydrukowałyśmy, dołożyłyśmy do papierów do szpitala.

Gdy do porodu było już naprawdę niedaleko, spotkałyśmy się po raz trzeci. Marta nie tylko powiedziała mi co mam spakować do szpitala. Dosłownie wyjęła torby z szafy i zaczęła je pakować za mnie. „Przecież będę tam z Tobą – muszę wiedzieć co gdzie jest, żeby Ci to podać!” powiedziała.

 

Godzina zero

Z powodu moich komplikacji w ciąży, Marta była już na 2 miesiące przed terminem gotowa i dostępna 24/7. Gdy wszystko się zaczęło, spotkałyśmy się już w szpitalu. Była ze mną podczas całego porodu, wspierając mnie, pomagając zmieniać pozycje czy iść do toalety, podając wodę i kanapki. Torbę sama pakowała, więc w sekundę znajdowała potrzebne rzeczy. Dokładnie pamiętała z naszych rozmów co lubię, co nie. Momentalnie wyczuła też, w jakich pozycjach będzie mi najwygodniej. W końcowej fazie już tylko trzymała mnie za rękę, gdy mąż trzymał za drugą.

Najważniejsze dla mnie okazały się dwie rzeczy: zmniejszała conajmniej o połowę ból towarzyszący skurczom poprzez odpowiedni masaż, uciskanie i ciepłe okłady. Po drugie zajmowała uwagę męża, który postanowił z nami zostać, ale wydawał się czasami zagubiony. Doula okazała się nie tylko psychicznym wsparciem dla mnie, ale i dla niego.

Poród okazał się niezwykle pozytywnym przeżyciem, „najbardziej satysfakcjonującym, jakie tylko jest możliwe”. Na koniec Marta zrobiła nam pierwsze rodzinne zdjęcie!

zzzzzzzzzzz

zzzzzz

Gdy emocje już opadły…

Po urodzeniu dziecka spotkałam się z Martą jeszcze dwa razy. Na pierwszym spotkaniu, kilka dni po wyjściu ze szpitala obserwowała jak radzę sobie z pielęgnacją i karmieniem dziecka.

Po raz ostatni spotkałyśmy się, gdy emocje już opadły, a Emilka była z nami od miesiąca lub dwóch. Spotkałyśmy się na kawę, by wymienić się wspomnieniami z porodu. I to było niesamowite, bo ja pamiętałam zupełnie inne rzeczy, a raczej większość pamiętałam jak przez mgłę, mój mąż pamiętał inne rzeczy, a Marta jeszcze inne. Jeden poród, a trzy różne historie! I to ta historia opowiedziana przez Martę była najpiękniejsza!

 

Doula to anioł, bratnia dusza

Artykuł nie jest sponsorowany przez Stowarzyszenie Douli, żadna doula nie zachęcała mnie też do jego napisania. Chciałam podzielić się z Wami moim doświadczeniem, bo może nie słyszałyście o douli lub nie wiedziałyście, na czym jej pomoc polega. A mnie ona bardzo pomogła i cieszę się, że była z nami!

Chciałabym, żebyście nie słuchały nikogo, kto powie Wam, że obecność douli przy porodzie jest zbędna, że wystarczy Ci mąż, że to Twoje widzimisię. Jeżeli czujecie potrzebę, by była przy Was taka osoba jak doula, słuchajcie tylko i wyłącznie swojej intuicji. To Wy jesteście w ciąży, to Wy będziecie rodzić, i to Wy macie się czuć komfortowo i bezpiecznie! Koniec kropka.

 

Małym druczkiem pod tekstem: Pamiętajcie, że przedstawiłam Wam MOJE doświadczenie z doulą. Ich oferty (i osobowości!) mogą się różnić. Warto więc wybraną przez siebie doulę wcześniej poznać, porozmawiać o formach i zakresie pomocy, którą oferuje. Wszystkie doule zazwyczaj oferują bezpłatne pierwsze spotkanie i warto z nich skorzystać.

Praktyczne informacje o tym, kim jest doula znajdziesz TUTAJ.

Monika

Close