Słońce nieśmiało zagląda przez szybę otulając sypialnię pierwszymi promieniami. Te same promienie delikatnie muskają twarze śpiących domowników. Po chwili do łóżka w rozmiarze king size, zaścielonego białą puchatą pościelą wpada roześmiany bobas i buziakami dobudza roześmianych rodziców. Potem bitwa na puchate poduszki, wspólne mycie zębów, śniadanko przy czyściutkim stole. W tym czasie wyspana mama zakłada eleganckie ubranie, przygotowane poprzedniego wieczoru. Gdy nakłada makijaż jej córeczka wbiega do łazienki, ale miźnięta pędzlem do pudru po swoim małym nosku, ucieka roześmiana. Mama kończy make up routine po czym wychodzi do pracy. Kamera stop.

Real life

Piąta rano, za oknem jeszcze ciemno. Do naszego łóżka wpada Ula. Zamiast buziaków na dzień dobry preferuje zapasy. Jej ulubione triki to siad na mojej głowie, skakanie po brzuchu, gryzienie w palce. Dziecięce okrzyki budzą nasze psy, które myślą, że czas wstawać, więc ładują się nam do łóżka. Leżymy przygnieceni przez 50 kilogramów, z czego 40 należy do psów a 10 do córki. Próbując złapać oddech szukam pilota do TV i mam nadzieję, że Ula da się namówić na chociażby 30 minut bajki.

Ubieranie się do pracy zaczynam od wściekania się na siebie, że nie przygotowałam ubrań dzień wcześniej. Rozgrzeszam się w myślach po tym jak przypominam sobie, jak padłam na twarz o 21.00. Mając w pamięci wczorajsze zmęczenie dziękuję sobie, że zmusiłam się do umycia zębów.

Morning routine

Dobra, czas się zbierać do pracy. W łazience przyjmujemy stałe pozycje, ja przed lustrem Ula na nocniku.

Kiedyś make up zajmował mi pięć minut. Obecnie około piętnastu. Wcale nie dlatego, że bardziej tego potrzebuję. Ula jako typowe dziecię matki pracującej nie odkleja się ode mnie nawet na chwilę, gdy jestem w domu. Sweet.

Pierwszy krok – podkład. Ula chce zobaczyć co mam w ręce. Daję. Dziecko bawi się w zakładanie i ściąganie zatyczki z tubki z podkładem. Krok dwa – puder. Kątem oka widzę jak Ula siedząc na nocniku próbuje przepchnąć między udami zatyczkę podkładu i tym samym utopić ją w swoich sikach. Przerywam moje routine, mówię, że nie wolno, myję nocnik. Ula ucieka obrażona z łazienki. Wracam do makijażu. Uli złość przechodzi szybko, więc zanim wezmę pędzel już jest z powrotem. Ma książeczkę i pręży się wyciągając ją w moją stronę. No dobra, całe szczęście to „Kaczka Kwaczka”. Ma cztery strony. Czytamy.

Powrót do makijażu jest dla Uli ciosem. Dostaje moją kosmetyczkę do zabawy.Wyciąga z niej wszystko i przekłada do nocnika. Czystego.

Tak to wygląda. Jest fun.

To be continued

Rzęsy maluję w samochodzie – po tygodniu od powrotu do pracy tusz do rzęs zajął honorowe miejsce w moim schowku. Powód? Malowanie rzęs z dzieckiem przyklejonym do ręki lub nogi daje marny efekt. No chyba że malujesz się na Halloween.

Jak przez mgłę pamiętam manicure i pedicure, na które chodziłam do salonu kosmetycznego. Mieli tam fotele do masażu. Odwiedzałam ich w miarę regularnie. Teraz zamawiam kosmetyczkę z dojazdem do domu. Robi mi manicure na niewygodnym krześle w kuchni. Raz na dwa miesiąca da się to przeżyć.

Good night & good luck

Dziecko zasnęło więc mam mnóstwo czasu na maseczki, peelingi i inne cuda, które od jakiegoś czasu zbierają kurz w łazience. Mnóstwo czasu i zero siły. Ostatnim wysiłkiem włączam szczoteczkę do zębów i jestem pewna, że dwuminutowy timer się zepsuł. Zdarza mi się nie doczekać tych cholernych wibracji. Clean enough. Idę spać.

Padam na twarz. Czasami brudną. Zmywanie makijażu coraz częściej mnie przerasta. Zaczęłam nawet doceniać tusze do rzęs, które kruszą się w ciągu dnia.

I tak to wygląda. Z rutyną ma niewiele wspólnego. Dlaczego nikt nie nakręci takiego filmiku?

S.

Close