W internecie roi się od kobiet, nazywanych powszechnie „matkami wariatkami”, „madkami” albo „instamatkami”, które postawiły sobie za cel krytykowanie innych matek. Weronice Rosati dostało się za trzymanie dziecka w „wisiadle”. Ktoś nawet porównał jej działanie do przemocy domowej. Anna Lewandowska jest krytykowana za wszystko, no bo w końcu jest Anną Lewandowską. A już naprawdę spadłam z krzesła, kiedy przeczytałam, jak Natalii Siwiec dostało się za to, że jej córka jest brzydsza od córki Anny Lewandowskiej.

Zawsze mówię sobie, że nie będę czytać komentarzy – hejtów, bo szkoda moich nerwów i czasu. Ale nie zawsze mi to wychodzi. I wtedy się denerwuję, mimo, że artykuł i komentarze w ogóle mnie nie dotyczą.

Temat hejtu zaprzątał mi głowę cały weekend. Piękny słoneczny letni weekend. Pierwszy weekend po opublikowaniu naszej strony. Dlaczego? Bo my też już zdążyłyśmy paść ofiarą hejtu. A głowę zaprząta jeszcze jedno pytanie: opublikować ten tekst czy nie?

W chwili gdy zostajemy mamami, nasz świat wywraca się do góry nogami. Przewartościowujemy pewne sprawy, czujemy się bardziej odpowiedzialne niż kiedykolwiek, mamy znacznie więcej obowiązków. Nierzadko jest to bardzo przytłaczające. Próbujemy jakoś ułożyć sobie nową rzeczywistość. Gdy nam się to w końcu uda, nagle odkrywamy, że możemy w tym całym radosnym chaosie życia rodzinnego znaleźć też czas dla siebie, wracamy do swoich starych hobby, zaczynamy nowe.

 

Ja i Sabina postanowiłyśmy założyć bloga i dzielić się z innymi naszym spojrzeniem na świat. Napisałyśmy, że chciałybyśmy aby nasza strona była wolna od hejtu innych matek, bo wychodzimy z założenia, że najsurowsza ocena to ta przeprowadzona przez dwóch najbardziej wymagających szefów – Bobasa i samą siebie, zatem nie potrzebujemy nikogo więcej, kto będzie oceniał nasze poglądy czy nastroje. Już drugiego dnia od powstania strony okazało się, że nie jest to możliwe. Hejt zapukał do naszych drzwi, dotknął nas osobiście. I nie będziemy ukrywać, że nie pozostawił po sobie śladu brudnych butów.

Świat narzuca nam bycie idealnymi pod każdym względem. Narzuca nam, byśmy tak jak w amerykańskich przywitaniach, na pytanie „How are you?” zawsze odpowiadały z uśmiechem na twarzy ”I’m fine”. A tym światem zazwyczaj są inne mamy. Nigdy nie usłyszałam bowiem od męża: „gruba jesteś”, „ale brzydko dziś wyglądasz”, „wstydziłbym się opublikować taki tekst, ale to ja” (ten ostatni komentarz był jednym z tych, które odczytałyśmy pod naszym artykułem i nie był on najgorszy).

ATAK ATAK ATAK, HEJT HEJT HEJT, a wszystko pod osłoną prawa do wolności wypowiedzi. No tak, wszystko pięknie, tylko można podjąć inteligentną, grzeczną a przede wszystkim merytoryczną dyskusję, a można pisać aroganckie i obelżywe komentarze, które często wyrywają zdania z kontekstu i są tylko po to, żeby zaatakować i wyśmiać drugą osobę. Podjęcie dyskusji z taką osobą i próba obrony własnego zdania rozpętuje jeszcze większą burzę i jeszcze bardziej ordynarne komentarze. Dlaczego tak się dzieje? Czy czas stworzyć nową dyscyplinę sportową na olimpiadzie – hejtowanie? Czy Polacy zdobywaliby na każdych igrzyskach złoto?

Pisząc ten tekst nie zamierzam robić z nas ofiar i lamentować nad naszym ciężkim losem. Czas przywdziać grubszą skórę i się nie przejmować. Będziemy dalej się uśmiechać, podchodzić do ludzi z życzliwością, pisać artykuły i prowadzić naszą stronę, najlepiej jak umiemy, bo jesteśmy z niej dumne. Walczyć z hejtem pewnie też czasami będziemy, bo przecież nie jesteśmy z kamienia.

Powtarzam sobie w duchu: karma wraca, karma wraca. Więc rzucam głośno hasło do wszystkich „madek”, które może natrafią na ten tekst: może zanim zaczniesz pisać obelżywy, albo po prostu niemiły komentarz, odejdź od komputera, napij się dobrej kawy, idź na spacer, przytul swoje dziecko. Sprawisz tym więcej przyjemności sobie i innym. Dobra karma też w końcu wraca!

I trzymam kciuki, żeby hejt niedługo wyszedł z mody, jak palenie papierosów…

 

Monika

Close